No dzień dobry! Jest mi niezmiernie miło i nieswojo jednocześnie, że mogę się tutaj z Tobą przywitać. Cieszę się, że po kilku miesiącach pracy nad tą stroną moje słowo trafi do wielu rodziców takich jak Ty, którzy na codzień zmagają się z wychowywaniem i opieką nad żywiołowym Przedszkojakiem. Nieswojość natomiast wynika pewnie z tego, że mój zasób słownictwa przez ostatnie pół roku zubożał na tyle, że mam wrażenie, że rozumieją mnie już wyłącznie niemowlęta, a tutaj wypadałoby wykazać się talentem pisarskim na najwyższym poziomie! No nic, liczę na Twoją wyrozumiałość i przymknięcie oka na moją składnię i dobór słów.

Ale do rzeczy.

Kim jestem i skąd się wzięłam? Jestem panną z mężem i dzieckiem u boku. Mam 29 lat. Tak, wiem, jeśli jesteś młodsza to pomyślałaś właśnie ‘czerstwa babka’, a jeśli bliżej Ci do 40, myślisz o mnie ‘co ona tam wie o życiu’. Ja natomiast, kiedy myślę o tym ile mam lat, mam poczucie, że jestem właśnie w najlepszym dla mnie miejscu – już cośtam o tym życiu się zdążyłam dowiedzieć, a jeszcze najlepsze lata rozwoju i działania przede mną!

Ale co z tym dzieckiem? Zanim było dziecko, był też mąż, po Bożemu. Moje licealne zakochanie w jego grze na gitarze zaprowadziło nas po 8 latach przed ołtarze. Gdyby mi ktoś wtedy, kiedy się poznaliśmy powiedział, że będę temu człowiekowi dzieci rodzić i koszule prasować, zmiotłabym go pewnie gromkim śmiechem. Ale jak widać plany na życie u boku księcia i jego konia sobie można snuć, a pokochać na zawsze można nawet chłopaka we flanelowej koszuli i paskudnie seledynowych najkach. Pół roku temu urodziłam Tymka, który na dobre zawładnął naszym życiem (również łóżkowym, bo zajął w nim zaszczytne środkowe miejsce), a ja stałam się mamą. Czekałam na ten moment bardzo nie tylko z pobudek czysto życiowych i kobiecych. Czekałam, bo doczekać się nie mogę momentu, kiedy te wszystkie mądre teorie wychowawcze, które znam i metody, którym przyklaskuje zweryfikują moje dzieci – pokazując mi niejednokrotnie, żebym dała sobie spokój. Ale spokojnie – nie dam się tak łatwo i Tobie też pokażę jak się nie dać!

No dobra, a skąd ja znam te teorie i metody? O studiach pedagogicznych myślałam mocno już będąc w podstawówce. Szło mi świetnie, byłam ulubienicą wychowawców, zawsze w klasowej trójce, reprezentująca szkołę na konkursach wiedzowych i sportowych, prowadząca akademie szkolne, niosąca sztandary. No prymus przez duże pe. Z relacji rodziny wynika, że już do przedszkola maszerowałam z radością z krzyżówkami pod pachą, a do dziś pamiętam imiona moich ukochanych pań. W dodatku na tyle to środowisko mi się podobało, że wracałam do domu i męczyłam zabawą w przedszkole i szkołę swoje młodsze siostry, nie dając im możliwości wcielenia się w rolę nauczycielki. No i stało się, w 2010 rozpoczęłam swoje pięcioletnie studia magisterskie, które w przeważającej większości semestrów były tak rozczarowujące, że zastanawiałam się, czy moje doświadczenie osobiste nie jest ważniejsze dla mojej zawodowej przyszłości niż wiedza, jaką mnie tu karmią. Ostatecznie za największą wartość studiów (poza nawiązaniem fantastycznej przyjaźni) uważam godziny spędzone na praktykach w różnego rodzaju placówkach edukacyjnych, podczas których mogłam rzucona na głęboką wodę sprawdzić czy nie utonę i na własnej skórze poznać specyfikę zawodu.

Po pięciu latach spędzonych w murach Uniwersytetu Pedagogicznego trafiłam do pracy do jednego z samorządowych przedszkoli. Celowo mówię ‘trafiłam’ a nie ‘wystarałam się o pracę’, bo tak się złożyło, że żadnego CV nigdzie nie musiałam składać – zostałam dostrzeżona przez Dyrekcję przedszkola na praktykach i zaproponowano mi objęcie czterolatków od września. No! To było zaskoczenie, ale i wielka radość – natłukli nam wszakże do głowy na studiach, że mało kto znajdzie po nich pracę w zawodzie. Swoją drogą, drodzy wykładowcy, nie mówcie tego swoim studentom, marna to motywacja, a sens wykładania na takim kierunku jeszcze marniejszy.

Moja pierwsza grupa – och, co to były za dzieci! W środowisku mówi się, że każdy nauczyciel najmocniej ją zapisuje w pamięci – no moich to naprawdę trudno byłoby zapomnieć. Od pierwszego dnia września słyszałam od wszystkich wyrazy współczucia, a Ci co mi nie współczuli wprost, rzucali mi tylko zatroskane spojrzenia. No dobra, byłam zielona, kto nie jest rozpoczynając pracę. W dodatku wiązało się to z trzema moimi dużymi strachami. Praca w przedszkolu to po pierwsze lęk związany z wejściem do grupy 25 dzieci, które trzeba nie tylko jakoś ogarnąć, ale i czegoś nauczyć. Po drugie, to też stres przed poznaniem ich rodziców, nierzadko dziadków czy rodzeństwo, poprowadzeniem dla nich zebrania, konfrontację w indywidualnych rozmowach i budowanie relacji sprzyjającej współpracy. No i trzecia obawa – wykorzystanie możliwości danej przez Dyrekcję i udowodnienie, że warto było mi zaufać. Jednak po trzech latach prowadzenia tej grupy i pierwszych trzech latach pracy jako nauczyciel przedszkola okazało się, że naprawdę się do tego nadaję! Każda porażka, bo przecież wiadomo, że było ich niemało, motywowała mnie do szukania innych sposobów i metod, a każda nowa sytuacja uczyła tego, jak reagować i jaki wykonać kolejny krok. Jeśli trafili tutaj rodzice mojej ukochanej szóstej grupy – ściskam, pozdrawiam i cieszę się, że znów się widzimy!

Skąd pomysł na Przedszkojaka? Mówiąc całkiem wprost – będąc od roku w domu zatęskniłam za tematami, którymi żyłam do tej pory. Zatęskniłam za tworzeniem kreatywnych zajęć i zabaw dla dzieci, za rozmawianiem z dorosłymi o ich rozwoju i obserwowaniem efektów wprowadzanych działań. Pracując w przedszkolu działo się tyle, że głowa bolała – codzienna praca z dziećmi, występy, Dni Pluszowego Misia, zebrania, konferencje, warsztaty, rady pedagogiczne, eksperymenty, prace plastyczne, praca indywidualna, Święto Przedszkola, Dzień Rodziny, koło wokalne, zajęcia z języka angielskiego, wycieczki, konkursy! Och! Mnóstwo sytuacji, w których mogłam wyżyć się kreatywnie i dać upust swojej naturalnej potrzebie bycia z ludźmi. Postanowiłam więc, że ta platforma i społeczność, która wokół niej powstanie da mi na nowo poczuć, że żyję, a zarazem będzie odpowiedzią na Wasze potrzeby i trudności związane z wychowaniem Przedszkojaków. Bo jest ich cała masa, prawda?

Dlaczego Przedszkojak? Bo Przedszkolak było zajęte (hahaha)! A tak serio, u dwu i trzylatków mocno pracujących nad rozwojem swojej mowy często pojawiają się substytucje głoskowe, a mówiąc z polskiego na nasze – zamiast jednej głoski notorycznie wypowiadają inną, która jest dla nich w tym momencie łatwiejsza. I tak zamiast słowa „lalka” usłyszymy „jajka”, a zamiast „samolot” – „samojot”, znaczy się „J”. No więc i bycie przedszkolakiem dla takich maluchów oznacza bycie „pseckojakiem”. Dla nas dorosłych słowo „przedszkojak”, które pewnego dnia pojawiło się w mojej głowie, będzie oznaczać tyle, co „jak z przedszkolakiem?”. Jak żyć, jak się do niego zwracać, jak się z nim bawić, jak poświęcać uwagę i czas, jak go ogarnąć, jak wychować na fantastycznego człowieka! Na te wszystkie Wasze „co i jak” będę z chęcią odpowiadać!

Cieszę się ogromnie z tego, że tu jesteś! Zapraszam Cię na bloga przedszkojak.pl, gdzie znajdziesz artykuły i pomysły na aktywność z dziećmi. Zajrzyj na moje konto instagramowe, gdzie możesz podejrzeć nad czym aktualnie pracuję i sprawdzić co u mnie słychać. Wejdź na facebookową stronę, żeby być na bieżąco z pojawiającymi się nowościami. A przede wszystkim – zostaw swój adres w rubryce Newsletter, żebyśmy pozostali w stałym kontakcie!

Daj znać w komentarzu czego się spodziewasz po Przedszkojaku i na jakie treści czekasz najmocniej!

Pin It on Pinterest